Colette

HomeAkcja sterylizacjiZalety sterylizacjiSterylizacja i kastracja – egoistyczny punkt widzenia

Sterylizacja i kastracja – egoistyczny punkt widzenia

Fragmenty artykułu zamieszczonego w czasopiśmie Kot (3/2008). Całość artykułu pod linkiem:
http://www.kocidom.waw.pl/sterylizacja-kotow-i-psow/42-sterylizacja-i-kastracja-kot-32008.html

"(…) Mysza przez kilka lat miała rujki, na szczęście niezbyt uciążliwe, nie wydzierała się wniebogłosy, nie sikała po kątach. Mysza nie była kotem wychodzącym i nie groziło jej zajście w ciążę, więc znosiliśmy jakoś jej ruje; aż w końcu nasiliły się, były coraz częstsze i dłuższe. Trzeba było coś zrobić. Kochałam moją Myszę bardzo, nie chciałam jej narażać na operację, na ból, więc dostała zastrzyk hormonalny, który miał na pół roku rozwiązać problem. Rujkowego problemu nie było, owszem, ale tylko przez dwa miesiące. Mysza dostała kolejny zastrzyk, a po dwóch tygodniach - kolejną ruję. Lekarz weterynarii zaproponował jednak sterylizację, skoro hormony nie działają tak, jak powinny. Z ciężkim sercem zaniosłam swoją ukochaną kotkę na zabieg. Miałam ogromne wyrzuty sumienia, że tak ją krzywdzę...


Po operacji dowiedziałam się, że zastrzyki nie działały, ponieważ Mysza miała cysty na jajnikach. A może miała cysty przez te zastrzyki? Nie wiem. Minęło kilka lat bez rujek, aż pewnego dnia wyczułam na brzuszku Myszy guzka. Rak sutka. Operacja, wycięcie listwy mlecznej, rekonwalescencja. Kiedy już Mysza doszła do siebie, wyczułam guzka pod pachą przedniej łapki - przerzut. Kolejna operacja, wycięcie węzła chłonnego, rekonwalescencja. Minęło kilka miesięcy, Mysza już zapomniała o trudnych chwilach, trzynastoletnia kotka bawiła się jak mały kociak, ale nagle zaczęła szybciej się męczyć, ciężej oddychać. Przerzuty do płuc, chemia. Tej walki nie wygrałyśmy. Po dwunastu latach straciłam najukochańszą, pierwszą, najważniejszą kocią przyjaciółkę.

Teraz jestem już egoistką. Nie chcę więcej przeżywać takiego dramatu, nie chcę mieć wyrzutów sumienia, że przez moją niemądrą miłość mogę stracić kolejną kotkę. Dziś już wiem, że podawanie kotce hormonów może spowodować takie choroby, jak ropomacicze i guzy sutka. Co więcej - pozwalanie kotce na rujkowanie również może mieć negatywne skutki. "W naturze" kotka ma kilka rujek w ciągu roku (dwie-cztery), po których zachodzi w ciążę i rodzi kocięta. Jeżeli po rui nie następuje zapłodnienie, kolejna może pojawić się bardzo szybko, często kotki wpadają w tzw. ruję permanentną. Taka duża aktywność hormonów również może powodować wyżej wspomniane choroby.
(…)
Moje kotki, zarówno rezydentki, jak i te do adopcji, zostały wysterylizowane; większość przed pierwszą rują. Każda prawidłowo przeprowadzona sterylizacja eliminuje ryzyko zachorowania na ropomacicze i poważnie ogranicza zachorowalność na guzy sutka. Co więcej - sterylizacja przed pierwszą rują mocno ogranicza wystąpienie tej drugiej choroby. Jako osoba samolubna, sterylizując swoje kotki, unikam przeżywania obaw, że któraś z nich cierpieć na choroby, o których piszę wyżej. Wszystkie mamy spokój.
(…)
A może by tak pozwolić kotce urodzić kocięta? Przecież sterylizując, pozbawiam ją możliwości bycia matką. W dodatku "mówi się", że kotka powinna mieć co najmniej raz w życiu kociaki, że inaczej zwariuje... Tak, tak. I jeszcze "mówi się", że koty śpiącym ludziom wysysają oddech, mogą przegryźć grdykę, a małe dziecko to na bank uduszą. Konieczność co najmniej jednego miotu w życiu kotki to taki sam mit. Kotki nie myślą abstrakcyjnie, nie planują macierzyństwa, nie oczekują swoich dzieci tak jak ludzie. Rozmnażanie to dla nich instynkt, który popycha je do aktu prokreacji (nota bene - bardzo bolesnego dla kotki, ponieważ ma owulację stymulowaną bólem podczas spółkowania, stąd te krzyki marcujących kotów), instynkt macierzyński pojawia się dopiero na skutek porodu. Co gorsza, komplikacje w ciąży i przy porodzie nie są wcale takie rzadkie, jak by się to mogło wydawać, a do zapewnienia odpowiedniej opieki kociętom i ich matce potrzeba sporych środków finansowych - wystarczy zapytać hodowców kotów rasowych, jak to wygląda i ile kosztuje. W dodatku kotów nierasowych, najwspanialszych na świecie dachowców, jest bardzo dużo, za dużo. Wiele ich żyje na wolności, wiele rodzi się w piwnicach czy krzakach i zbyt wiele umiera niedobrą śmiercią. Od kilku lat zajmuję się również kotami wolno żyjącymi i bywam w piwnicach, gdzie kocięta rodzą się, chorują i umierają. Jako że jestem egoistką i mam na względzie własne dobro, nie rozmnażam kotek pod moją opieką - nie chcę mieć wyrzutów sumienia, że kocięta urodzone w moim domu zabrały szansę na dom tym z jakiejś brudnej piwnicy. Gdyby moja kotka urodziła kocięta, nie miałabym miejsca w moim domu na oswojenie i leczenie kociaków piwnicznych. One również zasługują na dobre życie i dom. Swoją egoistyczną potrzebę niańczenia kociąt zaspokajam więc inaczej - jestem domem tymczasowym dla maluchów, które urodziły się, bo ich matka jest dzika i nie została jeszcze wysterylizowana, nie miał kto się nią zaopiekować.

Kocury mam również, i również wykastrowane, jakże by inaczej. Po co takiemu samolubowi jak ja agresywny kocur znaczący mieszkanie? Dojrzałe kocury są bardzo waleczne i zostawiają swoje "pachnące wizytówki" gdzie tylko się da.
(…)
Gdybym mieszkała w domu z ogrodem, w bardzo bezpiecznej okolicy, a moje koty byłyby wychodzące (ach, rozmarzyłam się - kto by nie chciał mieć ogrodu...?), teoretycznie problem znaczenia i smrodu by mnie dotyczył, bo wychodzący kocur zostawiałby swoje "wizytówki" na zewnątrz. Niestety, zapewne również by się włóczył i walczył z innymi kocurami o kotki, a z kotkami by... No, wiadomo. A ja żyłabym w ciągłym niepokoju i nerwach, czy mój kocur wróci, czy wróci cały, wreszcie - czy nie zarazi się jedną z kocich chorób wirusowych przenoszonych przez ugryzienia lub spółkowanie. Na białaczkę zakaźną można kota zaszczepić, ale nie istnieje szczepienie na FIV, a ta właśnie choroba jest nieuleczalna i przenoszona przez krew. To nie na moje nerwy - nawet mając wychodzące koty, wykastrowałabym je, bo w ten sposób można istotnie ograniczyć ich zapędy do włóczęgostwa, walki, a całkowicie wyeliminować amory.
No dobrze, a gdybym mieszkała na wsi, gdyby moje koty miały za zadanie łowić myszy? Kastraci i kastratki przestają być łowne, tak "się mówi". A ja odpowiadam, słowami mojej koleżanki - czy kotka poluje jajnikami, a kocur jądrami? Wiadomo, że nie. Kastracja nie wpływa negatywnie na łowność kota czy kotki, wręcz przeciwnie - wykastrowany kot ma jeden "problem" z głowy, nie zajmuje się już marcowaniem, ma więcej czasu i energii na zaspokajanie swojego innego instynktu, czyli na polowanie. Gdybym mieszkała na wsi, moje koty byłyby wykastrowane, dla mojego dobra - żeby łowiły więcej myszy.

(…) kolejny mit - "mówi się", że po kastracji koty tyją. Gruby kot to nie wina kastracji, a opiekuna tego kota! Jeśli zwierzę jest przekarmiane, jeżeli nie ma dużo ruchu, nic dziwnego, że tyje. Kota trzeba wybawić i odpowiednio karmić, a wtedy zachowa piękną linię do końca życia - a kastraty żyją dłużej.

Reasumując - namawiam do egoizmu. Tak, namawiam do bycia egoistą i kastrowania niehodowlanych kotek i kocurów. Kastrujmy koty dla własnego (i ich) świętego spokoju, bo wykastrowane kotki:
•    nie chorują na ropomacicze,
•    dużo rzadziej chorują na guza sutka,
•    nie wrzeszczą jak opętane w czasie rui i nie posikują po kątach, znacząc teren,
•    nie zachodzą w ciążę i nie rodzą, a więc nie mają komplikacji zdrowotnych z tym związanych,
•    nie przynoszą na świat kolejnych (niechcianych) kotów, dla których trudno o dobre domy,
•    nie zarażają się niebezpiecznymi i nieuleczalnymi chorobami wirusowymi podczas prokreacji.
Zaś wykastrowane kocury:
•    nie są agresywne,
•    nie znaczą terenu (którym jest często nasze własne mieszkanie),
•    nie włóczą się, ryzykując swoje zdrowie i życie,
•    nie zarażają się chorobami wirusowymi podczas walk z innymi kocurami lub podczas prokreacji,
•    nie płodzą kociąt.
(…)"